O nas

Dodano: 2017-11-05 11:37:57 Data edycji: 2019-10-02 17:26:20

dr hab. Tomasz Chachulski, prof. UKSW
 
Bielany
Początki polonistyki w oczach każdej z osób, które zgłosiły się wiosną 1999 roku do pracy w Akademii Teologii Katolickiej, przekształcanej właśnie w Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wyglądały zapewne trochę inaczej. Odmienność ta wynikała, jak sądzę, z różnorodności dotychczasowych doświadczeń, potrzeb, planów, perspektyw, z rozumienia funkcji uniwersytetu, stosunku do nauki, do studentów, do kolegów i środowiska… Ograniczę się do zreferowania kilku spraw, które wydawały mi się wówczas i później najbardziej charakterystyczne, a których wspólne rozumienie – jak można się domyślać – połączyło znaczną część pracowników (i studentów) kierunku, a potem wydziału.
Bielany były i są miejscem niepowtarzalnym: dokoła las, na polanie rokokowy kościół o przebogatym wnętrzu, stare eremy oddzielone brukowanymi uliczkami, grób Stanisława Staszica, krzewy bzu, długie żywopłoty z bukszpanu i czerwonego berberysu, wiekowe platany, klony, lipy i dęby. Bielany odwiedzał król Władysław IV, Jan Kazimierz, Jan III, biskupi warmińscy XVIII wieku, konfederaci barscy, co najmniej dwukrotnie był tu Stanisław August; brzegiem lasu, wzdłuż rzeki spacerowali Albert Szeliga Potocki z Cyprianem Norwidem, na rekolekcje przyjeżdżał generał Józef Haller von Hallenburg - i bywało tylu innych pisarzy i twórców kultury, przedstawicieli dawnych i nowych elit. Bielany pozostają od dwóch dekad pod czułym okiem ks. Wojciecha Drozdowicza, serdecznie przyjmującego nas zawsze w podziemiach kościoła, z żywym osłem w szopce betlejemskiej, owcami i dyżurnym kotem, sarnami i dzikami pojawiającymi się wieczorem na drodze dojazdowej. Zatem Bielany to uniwersytet kilkumilionowej aglomeracji, położony na uboczu, w lesie – i na ogół pogrążony w ciszy; zimą, kiedy opadną liście, z sal wykładowych widać Wisłę.
W chwili powstawania polonistyki bielańskiej w Warszawie działało już bodaj pięć innych takich kierunków: na Uniwersytecie Warszawskim, w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i w uczelniach prywatnych. Trzeba było mieć odmienną, własną koncepcję, która pozwoliłaby się temu ośrodkowi rozwinąć i przetrwać w niełatwych warunkach – i która mogłaby być przyjęta zarówno przez dotychczasowe władze ATK, jak i przez formujący się dopiero zespół historyków literatury i językoznawców. Tę ówczesną koncepcję można sprowadzić do kilku punktów, o których niżej napiszę. Sądzę, że ich konsekwentna realizacja zapewniła polonistyce i wydziałowi jako całości sukces na dwie dekady, także wówczas, gdy kolejne polonistyki w Warszawie padały jedna po drugiej. Jestem też przekonany, że odejście od tego profilu może poważnie nadwerężyć dotychczasową siłę kierunku, a na pewno zasadniczo zmieni jego charakter. Jest to oczywiście dłuższy proces, ale zawsze warto wiedzieć, jaka rysuje się perspektywa. 
Budowaliśmy więc klasyczną polonistykę o wyraźnym nacechowaniu filologicznym: nauka o literaturze i nauka o języku współistniały w niej na równych prawach, studenci musieli przejść obie ścieżki, dopiero to dawało im pełnię pożądanego wykształcenia, a pracownicy musieli nauczyć się współistnieć i wzajemnie rozumieć swoje racje. Polonistyka została uzupełniona o takie działy, które rozwijały się w jej obszarze od dziesięcioleci: wiedzę o teatrze i dramacie, o filmie, komunikacji językowej, krytyce literackiej, a także o edytorstwo naukowe. Bez nich była i jest niepełna, kaleka – i trudno jej będzie przetrwać w dzisiejszym świecie. Amerykańska i europejska kariera kulturoznawstwa dobrze pokazuje, na czym polega słabość tego rodzaju dyscypliny pozbawionej fundamentu filologicznego. Odpływ studentów z mniejszych ośrodków wskazuje z kolei, jakie mogą być losy polonistyki bez tych ambitnych kontynuacji: teatralnych, edytorskich, filmowych, komunikacyjnych, glottodydaktycznych itp.
Na kierunkach humanistycznych – ale pewnie jest tak w kształceniu wyższym w ogóle, szczególnie w najstarszych dyscyplinach naukowych, takich jak filozofia, matematyka i tym podobne – wiedza uniwersytecka jest studentowi zbędna. Wiem, że brzmi to niepokojąco, wobec tego dla jasności powtórzę: wiedza akademicka nikomu nie jest ani nigdy nie była do niczego potrzebna; nie uczymy rzemiosła ani zawodu, nie kształcimy urzędników ani fachowców, przekazujemy jedynie wiedzę ogólną, pokazujemy, jak powinien wyglądać horyzont rozumienia świata, a przede wszystkim: uczymy czytać i rozumieć tekst literacki – i to jest największą wartością tego typu kształcenia. Dopiero system specjalizacji przygotowuje do wykonywania zawodu polonisty: uczymy przyszłych nauczycieli, redaktorów, wydawców, ludzi teatru i filmu itp. Na tym etapie oferujemy zapoznanie się z konkretnymi narzędziami potrzebnymi na rynku pracy. To ciekawe, że na tym rynku prawie nie ma ofert dla polonistów – większość pracodawców po prostu nie wie, jakie są kompetencje absolwentów – ale też niemal nie spotykamy bezrobotnych magistrów filologii polskiej, ponieważ oni właśnie najbardziej elastycznie i twórczo reagują na potrzeby i oferty pracodawców. Warto pamiętać, że bardzo wiele najwybitniejszych postaci XX i początków XXI wieku w Polsce skończyło lub przynajmniej przez jakiś czas studiowało filologię polską – przed lub po II wojnie światowej – a także w kolejnych powojennych dziesięcioleciach.
Środowisko polonistów musi odznaczać się otwartością: chronić i szanować tradycję, nawoływać umarłych, otwierać się na wszystko i na każdego, łączyć i scalać. Ale w tej otwartości musi być szczególny rys porządku – nie ma bowiem nauki o literaturze bez wartościowania, nie ma jej zatem bez hierarchii i systemu aksjologicznego. Dzieło literackie widzimy jako spójną całość, nie dzieląc np. na wątki religijne i świeckie, estetyczne i poznawcze. Na naukę o języku patrzymy jak na zapis kulturowych przemian, na odzwierciedlenie stanu świadomości kolejnych pokoleń. Stąd zajęcia z etyki ogólnej (przez lata szczególny znak wydziału), z języka i wartości, przekształcone stopniowo w wykład i ćwiczenia z aksjologii literackiej. Ten rys aksjologiczny w humanistyce wydaje mi się jedną z najważniejszych jej cech. Pisałem już kiedyś, że jeśli źle wykształcimy inżyniera czy architekta, postawiony przez nich most lub budynek zawali się, grzebiąc mieszkańców pod gruzami; źle wykształcony lekarz doprowadzi do szybkiej śmierci pacjenta; przedstawiciele nauk humanistycznych, pozbawieni głęboko uwewnętrznionego poczucia zobiektywizowanej hierarchii wartości, powodują nie mniejsze cierpienie swoich wychowanków i podopiecznych – różnica polega tylko na tym, że to cierpienie rozciągnięte jest w czasie, że umieramy odizolowani, bezradni wobec siebie samych i otoczenia, w ciszy i w samotności – albo w bezmyślnym zgiełku świata, co i tak na jedno wychodzi.  
Środowisko bielańskich polonistów od początku łączyło szczególne wyczulenie na walor instytucjonalności. Tworzyliśmy zatem katedry, zakłady, instytuty, budowali systemowo, zmierzali do uzyskania uprawnień do nadawania stopnia naukowego doktora i doktora habilitowanego, uzyskania najwyższej kategorii w ocenie parametrycznej, zakładali serie wydawnicze i pisma naukowe, przykładali wagę do aktywnej obecności w środowisku – to ciekawe, że sukces tych działań wynikał najczęściej z głębokiego dystansu wobec obowiązujących przepisów i norm. Szybko nauczyliśmy się podchodzić z rezerwą do kolejnych propozycji ministerialnych, rektorskich, dziekańskich. Oczywiście, zawsze trzeba oddać Cezarowi to, co należy do Cezara (boski Juliusz bywa zazdrosny), ale nauka rządzi się swoimi prawami. Zresztą, choć polonistyka jako taka jest stosunkowo młodą dyscypliną, to jednak matka wszystkich filologii (filologia klasyczna czy po prostu filologia) liczy sobie blisko 2,5 tysiąca lat, a na uniwersytetach pojawiła się osiemset lat temu. Pamięć o tym pozwala inaczej spojrzeć na doraźne propozycje reform akademickich, sposób wyliczania pensum, funkcjonowanie systemu USOS, współczesne próby kodyfikacji kierunków kształcenia, ocenę ich jakości, punkty, sloty itp.
Jednocześnie kierowanie społecznością studencką (i akademicką) wymaga swoistego rysu personalistycznego, tolerancji, wyciągnięcia ręki, ilekroć trzeba pomóc komukolwiek, omijania przepisów i korygowania regulaminów – pod pewnym jednak warunkiem: dotyczy to tych studentów, którzy naprawdę chcą się uczyć, których ożywia poznawcza pasja – i nie jest stosowane wybiórczo: każdy ma zawsze te same prawa – a przede wszystkim prawo do ochrony indywidualizmu, bez którego nie ma humanistyki. Nie chodzi o prymusów, którzy sobie poradzą, lecz o tych, których interesuje choćby jedna z oferowanych przez nas dziedzin wiedzy: literatura dawna lub współczesna, teatr, film, gramatyka historyczna czy wiedza o polskich gwarach i dialektach albo o języku pisarzy. Taki personalizm nigdy nie wiąże się z obniżeniem kryteriów oceny i złagodzeniem wymagań. Umożliwia jedynie studentowi (a także pracownikom) uporanie się z dotkliwościami administracyjnego porządku współczesnej cywilizacji.
Polonistyka na Bielanach była z wielu względów potrzebna Uniwersytetowi. Nie ma polskiego uniwersytetu bez polonistyki, a polonistyka wnosi w życie akademickie walor nieobecny na innych kierunkach. Jest filologią narodową, studiami z zakresu tożsamości i tradycji, ocala to, co (historycznie rzecz biorąc) minęło, a co nadal trwa, wprowadza w kulturowe uniwersum, a tym samym – wyznacza perspektywy. Jest więc inna i ta inność zawsze przysparza polonistyce wielu kłopotów. Na jednym z pierwszych posiedzeń Senatu UKSW jesienią 1999 roku padło życzliwe i pełne bezradności zarazem pytanie: „A tak właściwie, to czym Państwo się zajmują?”.
Jesienią roku 1999 pracownicy i studenci nowego wówczas Uniwersytetu bezpośrednio po zajęciach spieszyli do tramwaju, by wrócić do bardziej cywilizowanego centrum miasta, do bibliotek, innych ośrodków akademickich, księgarń, sklepów i domów. Uczelnia była niemal wyłącznie miejscem prowadzenia zajęć, które zresztą odbywały się także w innych punktach miasta. Formuła „u nas w Uczelni” z reguły odnosiła się do innych warszawskich i pozawarszawskich szkół wyższych, nawet jeśli wypowiadali ją mianowani pracownicy UKSW. Dla wielu spośród nich było to miejsce pierwszej pracy w środowisku akademickim, niejednokrotnie w ogóle miejsce pierwszej w życiu pracy, awansu naukowego, pierwszej prowadzonej katedry, pierwszego seminarium magisterskiego. Byliśmy u siebie w Uniwersytecie, który łączył najlepsze tradycje Akademii Teologii Katolickiej z dorobkiem nowych wydziałów UKSW. Zbudowaliśmy nową jakość zarówno w dziedzinie dydaktyki, jak i badań naukowych – a sądzę, że ukształtowaliśmy także nową tradycję w obrębie UKSW. Było to i jest wspólne osiągnięcie. Czy potrafimy utrzymać jego jakość i charakter?
Tych kilka uwag ogólnych można by było bez większych trudności przełożyć na opisy niecodziennych wydarzeń, sceny rodzajowe, których nie brakowało, spotkań z ważnymi ludźmi, którzy już odeszli, trudności i kłopoty, opisy relacji międzyosobowych, historię ścierania się racji i poglądów – ale chyba nie ma takiej potrzeby. Można by rzec, że takie były zabawy, spory w one lata śród cichej wsi bielańskiej, kiedy reszta świata we łzach i krwi tonęła... Mickiewiczowskie simile jest tu o tyle zasadne, że drobne na pozór sprawy funkcjonowania niewielkiej społeczności akademickiej przenoszą się potem na wielkie obszary życia społecznego w różnych częściach Rzeczypospolitej, poprzez setki absolwentów, którzy co roku opuszczają uniwersytet, oddziałując przez dziesięciolecia na kształcenie polonistyczne w różnych miastach w Polsce i poza jej granicami, na charakter życia literackiego, funkcjonowanie redakcji gazet i czasopism, domów kultury, muzeów, wydawnictw, samorządów. Uniwersytet jest ważną instytucją społeczną, a każda polonistyka ma pod tym względem szczególną siłę oddziaływania, nieporównywalnie większą niż wiele innych kierunków i dyscyplin.
Co wydaje się najtrwalsze na Bielanach? Miejsce – pełne niepowtarzalnego uroku – i brak komunikacji miejskiej między ulicą Marymoncką bądź Wisłostradą a uniwersyteckim kampusem. Ma ów brak specyficzny charakter. Bywa uciążliwy, ale nie dla tych, którzy zarządzają dzielnicą i uniwersytetem (urzędnicy jeżdżą samochodami) – przy niewielkiej stosunkowo dozie dobrej woli i determinacji komunikacja miejska mogłaby się na Bielanach pojawić w ciągu kilku tygodni, ale od sześćdziesięciu lat jakoś się nie pojawia. A może jest właśnie dobrze tak, jak jest? Mniej więcej dziesięć lat temu, pewnego zimowego popołudnia jakaś kolizja całkowicie zablokowała wyjazd z Bielan do miasta. W śniegu, na mrozie długa kolumna aut stała w lesie w korku, czekając na możliwość wyjazdu – jest to bowiem jedyna droga wyjazdowa. Mniej więcej po godzinie pojawił się ks. Wojciech Drozdowicz, proboszcz parafii bł. Edwarda Detkensa w Lasku Bielańskim. Szedł pogodnie uśmiechnięty, zaglądał do każdego auta i wręczał zmarzniętemu kierowcy malutki, złocisty dzwoneczek. Po chwili auta ruszyły. Dzwoneczek przechowuję do dzisiaj… 

 
 


 

prof. dr hab. Bernadetta Kuczera- Chachulska
 
Inna czy taka sama? Ułamek z dziejów (zamkniętych?)
polonistyki bielańskiej (fragment)
 
 
            Subiektywnie może (bez wnikania w ostateczną niejednoznaczność tego pojęcia) – po trzech latach sprawowania pieczy nad bytem kruchym, podatnym na najmniejsze impulsy dezintegracji i rozproszenia, bytem – być może – z wszystkich uniwersyteckich bytów najbardziej bezbronnym (słynne potoczne mniemanie: polonista jest od przecinków!!!) – niejasnym i nieprzejrzystym, piszę na początek kilka zdań ogólnych (oczywistych/nieoczywistych):
            Jej – tej polonistyki – pierwszym zadaniem jest troska o słowo w najwyższych i jednocześnie najbardziej prozaicznych rejestrach, wypowiadane w tym jednym języku; słowo jako przedmiot gramatyk i „techniki” językowej, i słowo ciągle przekraczające ten wymiar; słowo pisarzy i poetów wprowadzających na coraz wyższe piętra ludzkiego doświadczenia; słowo dokumentujące wszelką działalność człowieka np. filozofów, mistyków, świętych. Filologia polska to przemyślany obszar współpracy tych, którzy rozumieją się (i rozwijają tę umiejętność) na strukturach języka i znają historię i prawidłowości rozwoju wypowiedzi słownej, rozumieją naturę językowych arcydzieł i potrafią podjąć nad nimi namysł, ale również tych, którzy z taką właśnie wiedzą o słowie potrafią połączyć wiedzę o człowieku i tym, co z niej wynika.
             Jeszcze dwie dekady temu taka polonistyka – filologia – okazała się niezbędna dla zaistnienia uniwersytetu/zaistniała razem z uniwersytetem.
Pierwsze Rady Wydziału, na których byłam obecna, rozmowy je poprzedzające (jeszcze przed zawiązaniem się Wydziału tworzonego w całości przez ten kierunek) i pierwsze prace - wszyscy, którzy w nich uczestniczyli, pamiętają dobrze. Wtedy pojawiła się grupa ludzi świadoma chyba wartości wspólnego działania i wówczas, w pierwszych latach trwania filologii, zaczęły zawiązywać się cykle konferencyjne, profile badawcze, serie wydawnicze, pomysły na innowacje programowe. U ich podstaw, oprócz indywidualnych impulsów i wyobrażeń, stała m.in. najlepsza tradycja KUL-owska (niepisany patronat Czesława Zgorzelskiego, Mariana Maciejewskiego i in.) i dobra tradycja IBL PAN.
            Dane było mi w pierwszym dziesięcioleciu trwania tej polonistyki prowadzić zajęcia obok Zofii Stefanowskiej, współpracować z takimi badaczkami, jak Maria Prussak, Małgorzata Łukaszuk... – to tylko wybiórcze nazwiska, z najbliższego kręgu.
            Impet władz wydziału „nakręcił” system ustawicznego pojawiania się własnych, ukształtowanych na wydziale – doktorów, doktorów habilitowanych i profesorów. Ten nieprawdopodobnie „energetyczny” kierunek łączył się z bliskością pracowników naukowych i studentów, którzy przyglądali się z bliska, towarzyszyli nam w realizacji celów naukowych.
Najlepiej pamięta się swój krąg działalności. Zatem: pierwsza chyba na Wydziale konferencja literaturoznawcza poświęcona poezji ks. Janusza St. Pasierba (ciemny grudniowy dzień i zaśnieżony wieczór), początek konferencyjnego cyklu o polskim romantyzmie (jego wyrazem jest obecnie ponad 10 tomów pokonferencyjnych), inicjacja wydzielonych badań nad twórczością Cypriana Norwida. Spoza tego kręgu: m.in. cykliczne konferencje o Języku Pisarzy (prof. prof. Anny Kozłowskiej i Tomasza Korpysza), katedry Literatury Dawnej (prof. prof. Doroty Muszytowskiej i Krzysztofa Koehlera), cykl dotyczący przekładów prof. Anny Szczepan, interdyscyplinarny prof. Magdaleny Saganiak…
            Zdanie Wacława Borowego, że „poloniście oprócz historii lekcje estetyki niezbędne…” znalazły na Bielanach również swoją realizację. „Wprowadzenie do estetyki” (prowadzone przez Zakład Aksjologii i Estetyki Literackiej; gruntem dla jego działań naukowych stanowi estetyka Romana Ingardena) stało się przedmiotem podstawowym na drugim stopniu; prowadzone przez Zakład Aksjologii i Estetyki Literackiej, złożyło się na swoistość kierunku. Dzieło literackie zobaczone zostało – i przedstawione studentom – jako rzeczywistość aksjologiczna, a umiejętność rozpoznania jego natury i dokonania oceny estetycznej zaistniała jako ważny element horyzontu oczekiwań wobec młodych polonistów.
            Filologia polska UKSW w swoim całokształcie (tu sygnalizowanym bardzo wybiórczo) już w tym momencie, po dwudziestu latach intensywnego rozwoju, jest czymś „dokonanym”. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że po tym jubileuszu, również po kontrowersyjnej reformie szkolnictwa wyższego, nie stanie się jednak inną polonistyką. Szkoda byłoby stracić to, co z dużym i skutecznym wysiłkiem zostało wypracowane.                                                                
             
 
 



 
dr hab. Elżbieta Janus, prof. UKSW                                                      
 
 
Na UKSW pracowałam od 2002 r. Myślę, że największy, z niczym nieporównywalny wkład w powstanie i funkcjonowanie Wydziału Humanistycznego to wysiłek, mądrość i talent organizacyjny prof. Tomasza Chachulskiego. On też popierał międzynarodowe kontakty naukowe. Dotyczyły one uczonych wybitnych, nierzadko rangi światowej. Zajmę się przyjazdami językoznawców.
Pierwszą osobą, która została zaproszona z wykładem była Anna Wierzbicka, profesor Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Camberze (do wyjazdu z Polski w 1972 r. – pracownik Instytutu Badań Literackich PAN), dr h. c. KUL, UW i wielu ośrodków naukowych. Tematem Jej wystąpienia w podziemiach kamedulskich była semantyka - lingua mentalis, czyli język służący do opisu znaczeń wyrażeń językowych.
Kilka wykładów wygłosił w 2007 r. Borys Uspienski, prof. Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego (RGGU) i Uniwersytetu w Neapolu, obecnie prof. Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie.  Dotyczyły problemów kulturowych: Europa jako metafora i metonimia; Niekanoniczne zachowania jako manifestacja świętości; Obrzęd koronacyjny carów rosyjskich. Podczas kolejnego przyjazdu, o ile pamiętam, rozważał problemy ikony.
W październiku 2008 r. wystąpił Grigirij Krejdlin, zasłużony profesor RGGU, autor prac z dziedziny semiotyki niewerbalnej, m. in.  słownika gestów rosyjskich. Językowi gestów poświęcił też swój wykład.
Najczęściej bywał u nas z wykładami bądź z referatami konferencyjnymi prof. Siergiej Gindin, zapraszany przez UKSW i UW, specjalista w dziedzinie teorii tekstu. Począwszy od 2003 czy 2005 r. przyjeżdżał niemal rok rocznie, z niewielkimi przerwami. Poruszał sprawy etyki filologa, analizy tekstu, struktury gatunków tekstowych. Służył też konsultacjami studentom piszącym prace dyplomowe, dotyczące teorii tekstu.
W 2014 r. mieliśmy możliwość wysłuchać wykładu prof. Jurija Apresjana, rzeczywistego członka Rosyjskiej Akademii Nauk, dra h. c. UW. Wykład poświęcił leksykografii. Mówił o zasadach tworzenia tzw. aktywnego słownika (na przykładzie materiału rosyjskiego). Słownik taki pozwala nie tylko rozumieć teksty obcojęzyczne jak wszystkie dotychczasowe słowniki, ale zawiera informacje, pozwalające nowe teksty tworzyć.
Wszyscy prelegenci obcojęzyczni proponowali wystąpienia po angielsku bądź po rosyjsku. Audytorium każdorazowo wybierało język rosyjski z przekładem. Dodam też, że niemal wszyscy goście jako moi przyjaciele mieszkali prywatnie u mnie, co nie było bagatelne dla finansów Wydziału. Przyjazdy tego typu uważam za ważne dla rozwoju studentów.  A mnie na UKSW pracowało się świetnie!
 
 
 



 
dr hab. Dorota Kielak, prof. UKSW
 
O budowaniu wspólnoty WNH UKSW
 
 
            Dwudziestolecie istnienia Wydziału Nauk Humanistycznych UKSW wyzwala potrzebę retrospekcji, do której mobilizuje dodatkowo fakt, że moment powstania WNH zbiegł się z wyraźnie dającą o sobie znać cezurą w historii funkcjonującej na Bielanach warszawskiej Uczelni. Rok otwierający historię WNH był bowiem rokiem przekształcenia Akademii Teologii Katolickiej w Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Z perspektywy mijających dwóch dekad od powołania nowej jednostki organizacyjnej Uczelni, które są również dekadami istnienia UKSW, nie sposób więc nie spojrzeć na jej dzieje, choćby ze względu na to, że stały się one automatycznie częścią przemian dokonujących się w obrębie całej Uczelni.
Powstanie w październiku 1999 r. bielańskiej polonistyki stało się wydarzeniem istotnym dla ogólnopolskiego środowiska filologicznego. Jako pracownik tej nowo powołanej jednostki zdawałam sobie sprawę z formułowanych w publicznej przestrzeni wątpliwości co do sensu i możliwości stworzenia jeszcze jednego, odrębnego środowiska polonistycznego w Polsce, choć lata 90. XX wieku obfitowały przecież w powstanie wielu nowych struktur akademickich, w których prowadzone były też różne kierunki kształcenia. Wkrótce jednak okazało się, że to, co budziło największe obawy, stało się też największym atutem nowo utworzonej jednostki. Podjęta w ramach WNH UKSW współpraca naukowców pracujących przed 1999 r. w różnych ośrodkach kształcenia polonistycznego w kraju pozwoliła na unikatowość nie tylko programów nauczania (mimo że musiały być one wówczas opracowywane zgodnie z ministerialnymi standardami), ale też i kierunków badawczych, a wreszcie też atmosfery życia akademickiego. Świadomość tworzenia nowej jakości naukowej i dydaktycznej dla wielu pracowników stała się mobilizacją do angażowania się życie Wydziału. Dziś, z perspektywy minionego czasu, mogę też powiedzieć, że możliwość aktywnego uczestniczenia w procesie tworzenia bielańskiego środowiska naukowego i dydaktycznego jest dla mnie największą wartością, określającą formułę mojego funkcjonowania w przestrzeni nauki i dydaktyki. Ona bowiem sprawiła, że umknęłam przed wieloma ograniczeniami wynikającymi z tak często krytykowanej hierarchiczności i skostnienia środowisk naukowych w Polsce. Ona też utworzyła szczególny pryzmat mojego patrzenia na historię WNH UKSW, pozwalając dostrzec jej szczególny rys.
Dzieje WNH UKSW mierzę więc od samego początku wysiłkiem budowania wydziałowej i uczelnianej wspólnoty. Tę perspektywę otwiera przede mną wspomnienie wszystkich naszych zbiorowych działań na rzecz organizacji pierwszych konferencji i różnych spotkań naukowych, organizacji Biblioteki WNH, wreszcie też wysiłku cementowania wspólnoty akademickiej (definiowanej jako wspólnota pracowników i studentów) poprzez inicjowanie oraz organizację różnych form naukowego życia studenckiego. Początki funkcjonowania Wydziału łączę więc w tym wspomnieniu z wysiłkiem powoływania wielu studenckich kół naukowych, ciesząc się, że w aktywności tej miałam swój udział jako twórca i do 2005 r. współopiekun (z dr hab. Tomaszem Korpyszem) pierwszego na Uczelni studenckiego Koła Fotograficznego. Jego członkowie – oprócz regularnych spotkań – organizowali coroczne konkursy fotograficzne pod patronatem Prorektora ds. Studenckich, cykliczne warsztaty wyjazdowe oraz warsztaty pracy w zorganizowanej i wyposażonej specjalnie do tego celu fotograficznej ciemni. Prace ówczesnych członków Koła Fotograficznego zdobią do dzisiaj różne pomieszczenia i korytarze uczelnianych gmachów, tworząc swoistą galerię-kronikę pierwszych lat WNH. Tak pojmowaną wspólnotę akademicką pierwszych lat istnienia Wydziału wzmacniały również liczne wyjazdy naukowe pracowników i studentów WNH, organizowane przez literaturoznawców i językoznawców, w których miałam swój udział zabierając studentów kilka razy na seminaria naukowe do Zakopanego czy Lwowa.
Perspektywa pełnionej w latach 2005-2008 funkcji Prodziekana ds. Studenckich WNH, a następnie w latach 2008–2012 Prorektora ds. Kształcenia (funkcji realizowanej przy boku ś. p. ks. Rektora Ryszarda Rumianka, którego kadencję tragicznie przerwała katastrofa smoleńska) pozwalała mi w następnych latach włączyć się w szereg działań na rzecz wzmacniania tak zainicjowanej naukowej wspólnoty Wydziału, która powiększała się również o uczestników pierwszych wakacyjnych kursów dla nauczycieli języka i literatury polskiej spoza granic kraju. Odbywające się w latach 2006–2008 kursy, realizowane na zlecenie Polonijnego Centrum Nauczycielskiego w Lublinie, stały się następnie podstawą do powołania funkcjonującej do dzisiaj Szkoły Języka i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców WNH UKSW. Trud tworzenia od podstaw istniejącego w ramach Wydziału ośrodka kształcenia w zakresie języka polskiego jako obcego – choć w tamtych latach był olbrzymi (brak możliwości wakacyjnego odpoczynku dawał mi się we znaki przez te trzy lata bardzo dotkliwie) – to bez wątpienia okazał się potrzebny jako istotna część naszej wydziałowej aktywności dydaktycznej, jak i promującej polską kulturę poza granicami kraju. Fakt, że – dzięki kolejnym koordynatorom tej działalności Szkoła Języka Polskiego dla Obcokrajowców przy WNH UKSW nie tylko rozwijała się dalej, ale też uzyskała uprawnienia do organizowania państwowych egzaminów certyfikatowych z języka polskiego jako obcego, najlepiej świadczy o determinacji pracowników WNH UKSW w budowaniu naukowego i dydaktycznego statusu środowiska, które powiększało się w kolejnych latach w naturalny sposób o pracowników i studentów nowo powoływanych kierunków studiów (kulturoznawstwo, filologia: specjalność filologia klasyczna oraz filologia włoska, a ostatnio muzeologia), nowych specjalizacji i modułów kształcenia, ale również i tych, którzy do tego środowiska dołączyli jako goście przyjeżdżający w ramach współpracy krajowej i zagranicznej.
Tworzona mozolnie od 1999 r. wspólnota naukowa środowiska WNH UKSW, również poprzez włączenie do niej naszych absolwentów, zdobywających obecnie kolejne stopnie naukowe, pozwala na ujrzenie wysiłku budowania Wydziału w szerszej perspektywie realizacji idei humboldtowskiego uniwersytetu, który sprzyja jedności wszystkich szukających prawdy. Bardzo ważne jest to, by w historii powstawania bielańskiego środowiska polonistycznego dostrzec ten jego charakterystyczny impet do działań na rzecz wspólnotowości, który w pierwszych latach po utworzeniu UKSW i WNH UKSW dawał nam wszystkim ogromną radość i siłę do przezwyciężania różnych przeszkód. Warto o nim pamiętać, bowiem potrzeba wspólnotowego działania jest nie tylko gwarancją zachowania etosu środowiska naukowego, ale przede wszystkim gwarancją sensowności działań podejmowanych przez każdego z nas.
 
 
 




prof. dr hab. Teresa Kostkiewiczowa
 
Fragmenty książki Teresa Kostkiewiczowa w rozmowach z Magdaleną Partyką (Warszawa 2017)
 
Chciałabym poprosić o opowieść na temat Wydziału Nauk Humanistycznych na pięknych Bielanach. Wydział narodził się już na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego czy jeszcze na Akademii Teologii Katolickiej?
 
To nie całkiem tak. Jeszcze wtedy, kiedy istniała Akademia Teologii Katolickiej, ówczesny rektor Ksiądz Profesor Roman Bartnicki wpadł na taki pomysł, miał taką ideę, żeby, po pierwsze, starać się o przekształcenie Akademii w uniwersytet państwowy, a po drugie, żeby na tym uniwersytecie zorganizować właśnie wydział nauk humanistycznych jako podstawowy, niezbędny akademicki kierunek kształcenia. No bo trudno wyobrazić sobie uniwersytet bez takiego wydziału, to jak wiadomo, w tradycji universitas była sprawa podstawowa, więc trzeba było dołożyć wszelkich starań, by wymogom stało się zadość i by taki wydział powstał. […]
 
Mówiła Pani o swoistości Wydziału, o tym, że istotne było łączenie tradycji filologicznej z tym, co nowoczesne. Na czym jeszcze miała polegać swoistość bielańskiej polonistyki?
 
Oczywiście Wydział jako część Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego jest zobligowany do wprowadzenia do swojej działalności, do swojego programu edukacyjnego, pewnych elementów związanych, najogólniej mówiąc, z chrześcijańskim podejściem do świata i do człowieka, jakkolwiek Uniwersytet nie ma oczywiście charakteru wyznaniowego, ale jest ukierunkowany na wartości chrześcijańskie, choćby przez osobę swojego patrona. I to miało pewne odzwierciedlenie i ma do tej pory w programach nauczania na polonistyce. Przede wszystkim został położony, i to jest bardzo dobre, nacisk na problematykę aksjologiczną. Problematyka ta od jakiegoś czasu jest bardzo wyraźnie obecna w badaniach na KUL-u, a też na UKSW została wprowadzona w sposób rozsądny i bardzo pożyteczny, nie tylko dla jakiegoś formacyjnego oddziaływania na młodzież, ale również w sensie poznawczym, dla zdania sobie sprawy z tego, jakie jest miejsce takiej kategorii jak wartości w życiu człowieka. Wydaje się, że położenie nacisku na tę kwestię też wyróżnia program polonistyki UKSW w porównaniu z innymi wydziałami. Natomiast nie poszliśmy w tym kierunku, żeby w szczególny sposób zajmować się kwestią piśmiennictwa religijnego czy też form wyrazu religijnego w literaturze. Nie pojawiło się to jako działalność zdecydowanie programowa, jakkolwiek w obszarze badawczych zainteresowań pracowników ta kwestia jest trwale obecna, jest np. znamienne, że na pięciolecie Wydziału została zorganizowana konferencja o znaczeniu psalmów w polskiej kulturze. Potem kolejne konferencje upamiętniające małe jubileusze były poświęcone poszczególnym księgom Pisma Świętego i ich tradycji w polskiej kulturze, literaturze. Tyle tylko, że prace te mają  charakter ściśle badawczy i nie jest to podporządkowane żadnym odgórnym założeniom ideologicznym, więc tylko sam obszar, który interesuje badaczy, jest tak wyprofilowany.
[…]
 
Jestem jeszcze ciekawa, jakie uczucia towarzyszyły Pani w pierwszych latach działalności polonistyki na UKSW? […] Czy w którymś momencie poczuła Pani, że jest to jakby prawie dorosłe dziecko, niemal samodzielne? A może odczuwała Pani inaczej?
 
W momencie, gdy Wydział już powstał, jak ukonstytuował się jakoś personalnie i na jego czele stanął prof. Chachulski, to już byłam spokojna. Wydawało mi się, że ja osobiście co mogłam zrobić, zrobiłam, i to zostało oddane we właściwe ręce. Myślę, że miałam rację. Dlatego dla mnie potem najważniejsza stała się dydaktyka, otrzymałam szansę powrotu do tego, czego nie robiłam przez wiele lat i do czego czasem tęskniłam… Prowadziłam różne zajęcia, mniej lubiłam wykłady dla dużych grup, najlepiej wspominam ćwiczenia i zajęcia seminaryjne. […]
 
 
 




 
prof. dr hab. Piotr Mitzner
 
Leśni ludzie
 
                                                                       Tomaszowi Chachulskiemu
 
Na Wydział ściągnęła mnie Maria Prussak. A dokładniej było to tak: latem 1999 roku byłem bezrobotny, bo za sprzyjanie subkulturom przestałem być dyrektorem ośrodka kultury w Podkowie Leśnej. Nie miałem jeszcze pomysłu na życie, kiedy z Iwoną Libuchą, Marią Prussak i psem Tiborem spacerowaliśmy po anińskich lasach. Maryśka zaczęła opowiadać o powstającej polonistyce, o nowym uniwersytecie. Moja reakcja była zupełnie nie przemyślana: idę tam. Udało się Jerzy Timoszewicz, jeden z moich mistrzów z Wydziału Wiedzy o Teatrze uprzedzał tylko Maryśkę, żeby się z tym liczyła, że na pewno po kilku latach mi się znudzi. Tymczasem to ona przeszła na emeryturę, a ja doczekałem jubileuszu Wydziału. Widocznie nie było nudno.
      Oczywiście działa teraz mechanizm wspomnieniowy i najwcześniejsze wydarzenia, spotkania i klimaty wydają się najpiękniejsze. Był to przecież czas tworzenia wydziału, małych i większych improwizacji, zapraszania ludzi do pracy i współpracy.
      Czas bez punktów i napiętych programów studiów. Początkowo przecież przez cały semestr prowadziłem zajęcia poświęcone tylko samym skamandrytom. Może ktoś nie uwierzy, ale egzaminy wstępne były wtedy pisemne, podobne do maturalnych. W popłochu rozwoziło się napisane rozprawki, a każdą czytało dwóch recenzentów. Gdy już wszystkie wróciły, zbieraliśmy się i „na piechotę” liczyliśmy punkty, wpisując je ręcznie w tabelki. Około północy, albo później rozwieszało się wyniki na drzwiach wejściowych do głównego budynku. Dopiero po kilku latach pojawił się komputer, ale o ile pamiętam, nie od razu się z nim oswoiliśmy, ani on z nami. A potem był egzamin ustny, podczas którego mogliśmy sobie z kandydatami spojrzeć w oczy, usłyszeć głos. Tego nie zastąpią żadne systemy.
      Tak więc nocną pracę w komisji wspominam bardzo ciepło. Dziś też szczególnie lubię Bielany by night, to znaczy późnowieczorne zajęcia w semestrze zimowym. Jest pusto. Słyszysz własne kroki na chodnikach i w korytarzach. Przed tobą, albo za tobą ciemna ściana Lasku Bielańskiego.
      W ogóle uważam go za najpiękniejszą dekorację dla naszej pracy, dekorację zmienną w zależności od pór roku. Żałuję, że od dawna nie prowadzę zajęć pod lipą rosnącą za biblioteką. Było tam bardzo dobrze. Trzeba do tego wrócić, skoro to od nas zależy.
       Dlaczego całe to wspomnienie krąży wokół drzew? No tak – ulica Dewajtis, stary mityczny żmudzki dąb o tym imieniu, autorka powieści pod tym tytułem, a także innej, Lata leśnych ludzi.